wtorek, 24 lipca 2012

Nic nie idzie

Ech no właśnie, nic mi nie idzie i nic mi nie wychodzi:(
Próbowałam nauczyć się szydełkować i mimo że wydaje się to proste i opanowałam tych kilka banalnych splotów, to gdy próbuję robić coś konkretnego to już tak ładnie nie wychodzi, jakoś wszystko krzywe i koślawe;/
Próbowałam spróbować sił w robieniu na drutach - tu porażka na całej linii. Tylko się niepotrzebnie stresuję i wkurzam. Nie potrafię przeplatać tych oczek, a próbowałam przecież najprostrzego wzoru. Nie mam pojęcia jak niektórzy dziergają w ogóle nie patrząc na druty tylko np. oglądając telewizję?! W związku z czym chwilowo porzuciłam tę zabawę, chyba poczekam aż będę w Polsce i wezmę kurs u mamy;) A może już za późno na naukę? 
Dziś próbowałam też pobawić się w robienie transferów - przenoszenie wydrukowanych wzorów na tkaninę za pomocą rozpuszczalnika. Ponieważ tutejsze specyfiki w ogóle nie działały, zamówiłam sobie taki rozpuszczalnik z PL. Ponieważ takich substancji nie wolno przewozić samolotem (w głownym bagażu)! Niestety mimo dobrej chęci poproszonych ludzi, kupili mi nie taki jak potrzebowałam, no i okazało się, że ten preparat nie działa tak jak bym tego oczekiwała. Oczywiście to nie wina tych ludzi, którym i tak jestem bardzo wdzięczna za spełnienie mojej nieco dziwnej prośby. Właściwie kupili to o co prośiłam, ale jak to jest, że niby ten sam produkt, a działa inaczej?! Bardzo się zawiodłam, bo znowu z moich planów nic nie wychodzi:( jest to bardzo deprymujące i tym bardziej człowiekowi się wszystkiego odechciewa, gdy coś nie działa tak jak powinno;/
Przez to wszsytko opuściła mnie cała wena i natchnienie i nie mam żadnego pomysłu na jakiekolwiek twórcze działanie:( 

Dobranoc!



środa, 18 lipca 2012

Lato?


Znowu będzie o pogodzie. Wiem, wiem - to już było, jestem monotematyczna i nieomal w każdym wpisie jest coś na temat aury, ale co zrobic, gdy nic się nie dzieje, nie ma o czym pisać, a pogoda nie rozpieszcza, trzeba o niej pisać. Poza tym, gdy brak innych tematów, lub nie wiadomo o czym pisać, pogoda to taki bezpieczny temat, na który zawsze można ponarzekać;) 

A pogoda tego roku naprawdę jest koszmarna.

Gdybym nie miała kalendarza, miałabym problem z określeniem pory roku. 
Pada strasznie - dużo i intensywnie, jest ciemno i niezbyt cieplo;/
Słońce w ciągu ostatniego miesiąca widziałam w sumie może przez pół godziny.
Z rowerowania pozostaje rower wodny.
Zamiast klapeczek czy sandałków – kalosze.
Zamiast okularow przeciwslonecznych – parasol.
Zamiast letnich zwiewnych sukienek, krótkich rękawków i bluzeczek na ramiączka – „emergency poncho” lub kurtka przeciwdeszczowa.

W ogóle nie ma się ochoty wychodzić z domu i kto nie musi tego nie robi ;) 

Zaczynam rozumieć tubylców – też chcę na wakacje do jakiegoś ciepłego i suchego kraju!

Dobranoc!

wtorek, 17 lipca 2012

Jest lepiej

Jest lepiej...
Zdecydowanie lepiej...
Udalo mi sie wstac i dotrzec do pracy. To naprawde spory wyczyn, biorac pod uwage fakt, ze cala niedziele przelezalam niezdolna do zrobienia czegokolwiek.
Wczoraj wieczorem nawet mialam taki zryw, ze chcialo mi sie cos zrobic, zaczelam dzialac, ale zmogla mnie pozna pora. Dzis od rana tez nie bylo najgorzej, wstalam pelna werwy i wigoru i czulam ze mi sie chce, ze moge cos zrobic. Jednak coz z tego, gdy musialam udac sie do pracy, i po niezbyt dlugim czasie caly zapal mi przeszedl. I znowu siedze senna i osowiala i odliczam czas do wyjscia...


Chyba nawet slonce zlitowalo sie nade mna i wyjrzalo na chwilke, doslownie na momencik, tylko na tyle, aby mnie obudzic, potem znowu schowalo sie za chmurami i tak juz chyba zostanie. Wczoraj wyczytalam, ze zgodnie z ludowymi podaniami, po bardzo mokrm poczatku lata, czeka nas kolejne deszczowe 40 dni. Potem bedzie juz jesien i znowu bedzie padac. Ech...

czwartek, 12 lipca 2012

Zły dzień

Dzień zaczął się strasznie, na szczęście końcówka była bardziej optymistyczna. 
Zaczęło się od tego, że strasznie nie chciało mi się wyjść do pracy, bardziej niż zwykle, w końcu jakoś się jednak zebrałam i ruszyłam, po drodze jeszcze zatrzymałam się przy Greggsie po kanapki, ponieważ u mnie w pracy jedzenie w kantynie schodzi na psy. Co więcej ceny są coraz wyższe, a porcje mniejsze;/ 
Ruszyłam do pracy, jadę ścieżką rowerową, nie jest najgorzej, przezwyciężyłam senność i w końcu już czwartek. Widzę, że chodnikiem po prawej idzie, a raczej drepcze, jakaś baba i zbliża się do ścieżki, dzwonię raz i drugi, słyszy bo się nawet obejrzała, ale drepcze dalej. Pomyślałam sobie spoko, jest dobrze, widziała mnie, więc nie wejdzie mi na trawers. Nic bardziej mylnego! Nie ma nic gorszego niż baba drepcząca do autobusu. Z początku byłam pewna, że goni autobus jadący w tą samą stronę co ja, dlatego go nie widzę, a ona chce przemknąć na drugą stronę ulicy w przewie między autami. Jednak, o naiwności! Pani goniła autobus, który właśnie ruszał z wcześniejszego przystanku! Ale to nie wszystko! Skoro mnie widziała to czemu preszła przez cały ścieżkę i chodnik, żeby stanąć przy krawężniku i być pierwszą w kolejce do autobusu! No i mimo, że próbowałam ją wyminąć, to ona prawie na siłę próbowała mi wejść pod koła. Oczywiście dałam ostro po hamulcach, nieomalże się o nią ocierając! Fuck! szlag mnie trafia, ale na ludzką głupotę nic się nie poradzi. Ciśnienie mi  tylko babsztyl podniósł i to zdrowo od samego rana! 
Ale to jeszcze nie koniec porannych przygód!
Kawałek dalej, już udało mi się nawet ciut ochłonąć, jadę sobie spokojnie ścieżką, obok niej na trawce spaceruje sobie wielka mewa (strasznie ich nie lubię). Dojeżdżam, mewa wcale się nie boi i nie zamierza uciekać, aż do momentu kiedy jestem na jej wysokości - wtedy rozkłada te swoje wielkie skrzydła i próbuje poderwać się do lotu. Wsuwając mi to skrzydło nieomalże w szprychy. Na szczęście się nie przewróciłam, ale zdrowo mnie wystraszyła! Ech straszne są te ptaszyska! 
Po wszystkich tych porannych zajściach byłam strasznie poirytowana, zła, po prostu wkurzona, żeby nie użyć bardziej dosadnego słowa! Miałam ochotę gryźć, kopać i boksować. Rzucić rowerem, usiąść i płakać, albo po prostu zawrócić i pojechać do domu. Miałam wszystkiego dość!
W samej pracy było nie wiele lepiej - nuda i senność, nawet nie chciało mi się naciskać guziczków na klawiaturze. 

......

Wracając do domu nie miałam nawet ochoty pedałować. Miałam wrażenie, że zasnę na kierownicy, a nogi po prostu nie chciały się kręcić. Na szczęście jakoś udało mi siędotrzeć;) 
Posiedziałam chwilę w domu, odpoczęłam i wróciła mi chęć do życia. Przygotowałam kolację. A co najważniejsze - wieczorem, po raz pierwszy od wielu wielu dni przetarło się, zobaczyłam błękitne niebo i odrobinę wieczornego słońca;) 

I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy wpis i mam nadzieję, że jutro będzie lepiej, w końcu już piątek ;) 



środa, 11 lipca 2012

nadal pada...

W kwestii pogody nic sie nie zmieniło, nadal pada, a w ciągu dnia jest ciemno i ponuro. Słońca nie widziałam od dawna, napewno nie widziałam go od ostatniego wpisu, a wcześniej też nie  było go przez jakiś czas. 
Pada dużo i intensywnie, dziś widziała rzeczka podmyła ulicę, zawalił się kamienny murek odgradzający ją od chodnika, zamknięto w związku z tym jeden pas jezdni. 

Mam wielką ochotę przejechać się gdzieś dalej rowerem, ale pogoda skutecznie mi to uniemożliwia;( 

Poza tym niewiele się dzieje. W pracy nuda do 88 potęgi. Jedyną rozrywką dziś byli panowie elektrycy, którzy sprawdzali czy prąd do nasztch komputerów płynie prawidłowo po kablu, czy gdzieś obok, czy nie ma jakiegoś przebicia i czy jakieś popierdółkowate radyjko nie stanowi zagrożenia dla życia. Śmiać mi się chce z tego wszystkiego, bo takie testy na sprzęt robione są co roku! Health&Safety rządzi! 


Co jeszcze... śmieszą mnie faceci i ich testosteron, gdy jadę na rowerze szybciej od nich:) ich męska duma im na to nie pozwala, cisną więc, wypluwają płuca, no ale muszą być pierwsi:) ech jakież to żałosne! Doganiam później takiego na światłach, przeganiam i jadę dalej, a ten zostaje w tyle, widocznie nie mając już siły cisnąć. Albo popedałuje tak chwilę i wydaje mu się, że już nikt go nie dogoni. Ludzie są jednak dziwni. 


Acha no i irytują mnie coraz bardziej wykopki związane z tramwajem, ale o tym napiszę chyba osobny post z dokumentacją fotograficzną.
W ogóle mam masę pomysłów na różne wpisy, tylko jakoś nie mam czasu, aby je napisać! :(

Dobranoc! 

niedziela, 8 lipca 2012

Pogoda paskudna! Wieje i zacina deszczem. Ostatnio doszłam do wniosku, że gdybym tutaj nie miała kalendarza, nie potrafiłanbym ocenić jaka jest pora roku. Tutejsze lato niewiele różni się od polskiej jesieni. Pogoda jest po prostu straszna i bardzo przygnębiająca. Nie dość, że wieje i to mocno, to pada i to mocno, nawet bardzo. Dziś rano obudziło mnie dziwne stukanie, początkowo myślałam, że to descz wali w okna, ale dźwięk był iny, głośniejszy i pojedynczy, miarowy, pomyślałam że to woda kapie na parapet, ale jak się później okazało, coś zaczęło przeciekać i owszem kapało, ale na parapet od strony mieszkania! Także jak widzicie nic ciekawego! 
Wiele miejsc jest pozalewanych - ulice, parki i sklepy. Aż nie ma się najmniejszej ochoty, aby wyjść z domu. A mam taką straszną ochotę pojeździć na  rowerze, ale w obecnej sytuacji pozostaje  jedynie rower wodny;) 
Obawiam się, że u mnie sezon letni dobiegł końca, choć tak naprawdę jeszcze na dobre się nie rozpoczął, no ale cóż, taka uroda tej krainy! :( 
Z jakim rozżewnieniem, i zazdrością oglądam prognozy pogody dla Polski i pragnę choć części tych upałów, jendak z drugiej strony wiem, że gdybym miała je na codzień, to pewnie strasznie bym na nie psioczyła i miała ich serdecznie dość! Ach niestety człowiekowi nigdy się nie dogodzi i zawsze chce on czegoś innego niż ma. Taka ludzka natura!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...