czwartek, 30 lipca 2009

Dzień pełen wrażeń

29 lipca
Jak w tytule - dzień obfitujący w różne wydarzenia:
- moje imieniny - w związku z tym zastanawiałam się co by przygotować, ale ostatecznie zdecydowałam, że będziemy świętować w sobotę, a dziś tylko taka kolacyjka z winkiem i lody na deser. Ale na sobotę mam zamiar przygotować coś ekstra, coś nowego i smakowitego. Zostałam mile zaskoczona prezentami - dosałam obiektyw Canon'a 50mm, nad którym już od dawna się zastanawiałam;) oraz książkę o przygotowaniu dań z ryb i innych morskich stworzeń (ciekawe czy to jakaś aluzja co do moich zdolnosci kulinarnych, ewentualnie urozmaicenia menu?:))
- siostra obroniła się i teraz jest pani magister;) W związku z tym, w przerwie na lunch pojechałam do centrum handlowego kupić jakąś kartkę, aby wysłać gratulacje. Oczywiście na wybieraniu takiej jaka by mi się podobała zeszło mi ponad pół godziny, ponieważ jak zwykle nie mogłam się zdecydowac;/
- siotra zaraz po obronie udała się do szpitala (na obserwacje i mala kuracje), mam nadzieję że to nic poważnego i że na weekend wróci do domu;)

środa, 22 lipca 2009

Tuning samochodów

W niedziele udałam się na pokaz zmodyfikowanych - tuningowanych samochodów, a oto co udało mi się tam zobaczyć - zapraszam do ogladania prezentacji


środa, 15 lipca 2009

Zaszalałam, a co!

Tak, tak troszkę zaszalałam i sprawiłam sobie nowy aprat! Stary nie wiedzieć czmu zaczął troszkę szwankować, pewnie można go naprawić, ale był to dobry pretekst do zakupienia czegoś nowego no i lepszego (mam nadzieje;)), bo przecież bez aparatu to sie nie da, a wakacje przecież w toku, jakieś wyjazdy w planch, więc trzeba mieć sprzęt do focenia;)

A sprzęt to Canon 50d ;)


A tu przykładowe zdjęcie z nowego sprzętu, na razie jedno i może takie sobie, ale mam nadzieję że po weekendzie pojawi się ich więcej i na pewno ciekawszych;)



Turniej rycerski

W sobotę, na terenach przyległych do pałacu Linlithgow, odbywał się turniej rycerski. Oczywiście wybrałam się tam, aby zobaczyć jak taka zabawa wygląda, ponieważ jeszcze nie miałam okazji być na tego typu imprezie. Pogoda niesamowicie dopisało - było ciepło i słonecznie. Do Linlithgow dotarłam pociągiem, weszłam na teren pałacu, a tam już były przygotowane areny, jedna do pokazów walki rycerstwa na koniach, na drugiej prezentowano sztuki walki średniowiecznej.
Demonstrowano między innymi ustawienie piechoty przygotowanej do odparcia ataku konnicy. Widziałam i czytałam nie raz o tego typu manewrach, jednak gdy patrzyło się na to w momencie ustawiania wojska, powoli, spokojnie i przy dokładnych komentarzach, wyglądało to niesamowicie – żywy mur z ludzi, ciasno ustawionych jeden za drugim z pochylonymi kopiami, blokujących się nawzajem, uniemożliwiając przez to możliwość ewentualnej ucieczki. Robiło to niesamowite wrażenie.
Od Turniej rycerski

Następnie zademonstrowano strzelanie z muszkietów – to już forma walki XVI-wiecznej. Pokazano jak wiele czasu zajmowało nabicie muszkietu i jak nieprecyzyjny był strzał z tej broni. Ponadto należało pilnować lontu, aby cały czas się żarzył i nie dopuścić do tego aby zgasł, ponieważ wówczas broń stawała się bezużyteczna.
Od Turniej rycerski

Nieco później nastąpił pokaz strzelania z łuku i kuszy. Jak się okazuje nie jest to wcale takie łatwe jak mogłoby się wydawać. Dla specjalistów, czyli ludzi zafascynowanych tą bronią, zadanie nie było łatwe. A strzelenie do środka tarczy okazało się wręcz niemożliwe. Pokazano również konkurs strzelania do białego pola oraz do arbuza, ponieważ jabłko okazało się celem zbyt małym;) I tu ku zaskoczeniu wszystkich widzów, jednemu z łuczników udało się przestrzelić arbuza imitującego głowę wroga.
Od Turniej rycerski

Jednak najważniejszym punktem turnieju był pojedynek rycerzy na koniach oraz towarzyszące temu potyczki giermków. Rycerzy było czterech, każdy innego herbu. Wjechali na arenę w zbrojach, na koniach przybranych w kropierze – prezentowali się bardzo okazale.
Od Turniej rycerski

Od Turniej rycerski

Od Turniej rycerski


Od Turniej rycerski

Najbardziej charakterystyczną konkurencją turnieju jest oczywiście walka na kopie - walka ta była poważna aż drzazgi leciały z kopii, jeden z rycerzy został zrzucony z konia, lecz giermkowie szybko znieśli go z pola.
Od Turniej rycerski


Od Turniej rycerski

Od Turniej rycerski

Rycerze popisywali się również umiejętnościami chwytania na kopię rzucanych krążków, atakowaniem manekina, który mógł „zaatakować” workiem z piaskiem oraz nakłuwanie na pikę rzeczy znajdujących się na ziemi, ale to oczywiście w końskim galopie. Pokazano również włóczenie koniem i obrzucenie końskim łajnem, które na szczęście imitowałam zerwana w pośpiechu trawa;)
Od Turniej rycerski

poniedziałek, 6 lipca 2009

Ścieżka Innocent Railway & Zamek Craigmillar

Dziś krótka przejażdżka kolejną ścieżką rowerową powstałą w miejscu dawnej linii kolejowej – Innocent Railway, a następnie piknik pod zamkiem Craigmillar. Linia ta jest fragmentem opisanej wczoraj linii kolejowej Edynburg – Dalkeith, którą transportowano węgiel z okolic Dalkeith do Edynburga. Ścieżka zaczyna się u podnóży Góry Artura w centrum miasta, jej pierwszym elementem jest tunel – ponoć pierwszy tunel kolejowy, zbudowany w 1830 roku,
Tunel na dawnej linii kolejowej
Innocent Railway Tunel
innymi pozostałościami linii kolejowej jest żelazny most i fragment torów.
Tory
Nazwa tej linii nie jest do końca wyjaśniona, najprawdopodobniej wywodzi się od faktu że przewożąc około 400 000 pasażerów rocznie, nikt z nich nie został nigdy ranny, co było niespotykane, gdyż wypadki na kolei, szczególnie tej napędzanej lokomotywami parowymi były bardzo częste. Innym źródłem nazwy może być fakt, że w chwili wprowadzenia ruchu pasażerskiego nie było na niej stacji czy przystanków, a co za tym biletów czy opłat, pasażerowie wsiadali i wysiadali tam gdzie chcieli. Linia ta została zamknięta w 1968, a następnie przekształcona w ścieżkę pieszo – rowerową 1981.
Ścieżka rowerowa
Tą ścieżką podjechaliśmy do centrum handlowego, a następnie na piknik pod zamek Craigmillar. Na sam zamek nie wchodziliśmy, ponieważ było dość późno, ale za to pod jego murami zrobiliśmy sobie piknik.
Craigmillar Castle
zzamek Craigmillar
Troszkę się opalaliśmy, piliśmy piwko, było bardzo miło i przyjemnie;) A później już tylko powrót do domu, a wieczorem pub;)

sobota, 4 lipca 2009

Penicuik - drugie podejście

Dziś, korzystając z niespotykanie ładnej pogody (jak na tutejszo miejsce na wjeździe na ścieżkę złapałam gumę i potem maszerowałam jakieś 10km pchając me warunki), postanowiłam wybrać się na nieco dłuższą wycieczkę. Po raz dugi zaryzykowałam wyprawę do Penicuik, ale tym razem udało się bez przykrych niespodzianek. Dla przypomnienia - poprzednim razem gdy chciałam wybrać się w tój pojazd. Dziś jednak bogowie byli przychylni! Pogoda dopisała, problemów ze sprzętem nie było;) Droga do Penicuik – małego miasteczka na południe od Edynburga nie jest zbyt ciekawa, po prostu trzeba wydostać się z miasta, a następnie jechać dość ruchliwą trasą, ale dalsza ścieżka wynagradza te niedogodności.
Ścieżka rowerowa w miejscu dawnej linii kolejowej
W Penicuik zjeżdżam do doliny rzeczki Esk, gdzie prowadzi trasa rowerowa „73”. Dolina rzeczki Esk jest bardzo stroma, co jest bardzo charakterystyczne dla tutejszych rzek. Ścieżka powstała w miejscu dawnej linii kolejowej Edinburgh – Peebles. Zjawisko to bardzo tutaj popularne. W kraju gdzie narodziła się kolej, linii kolejowych było mnóstwo, wiele z nich zamknięto jednak w połowie XX wieku, obecnie część z nich została przekształcona w szlaki pieszo – rowerowe. Trasy te są wspaniałe, równe, zniwelowane, często biegną dolinką, wykopem lub nasypem, otoczone lasami, krzakami, wolne od ruchu samochodowego, są oazą spokoju i ostoją dla zwierząt, głównie ptaków. Często są wilgotne i zacienione, przez co często błotniste, ale to tylko dodaje im uroku.
Błotko
Tak więc dziś moja trasa prowadziła kilkoma takimi dawnymi liniami kolejowymi, ślady jakie po nich pozostały do dziś to jedynie perony. Jeżdżąc tymi trasami i dobrze się rozglądając można odnaleźć cała masę dawnych kamiennych lub ceglanych peronów, charakterystycznie zakończonych spadkiem, często są one ukryte, zarośnięte gąszczem krzaków lub drzewek.
Peron na ścieżce rowerowej
Na pierwszym odcinku trasy Penicuik – Dalkieth poza pozostałościami dawnych peronów znajdują się również dwa tunele i wiadukt oraz charakterystyczny mostek kolejowy.
Mostek kolejowy na dawnej linii kolejowej
Ścieżka początkowo mokra i błotnista, po wczorajszym najprawdopodobniej deszczu, po pewnym czasie przechodzi w wyśmienita, luksusową wręcz asfaltóweczkę po której wspaniale się pedałuje.
Asfaltóweczka
Ale zanim to nastąpiło zahaczyłam o Roswell...
Roswell....
I tak nie wiadomo kiedy trasa się kończy i wjeżdżam do miasteczka Dalkieth, gdzie ta trasa się kończy, ale zaczyna kolejna. Ciekawym miejscem jest tutaj wiadukt Glenesk wybudowany w 1830 przez firmę kolejową Edinburgh – Dalkeith, a następnie odrestaurowany w 1992 przez lokalne władze. Most robi wrażenie, gdyż został przerzucony przez bardzo głęboką i stromą dolinkę rzeczki Esk. Gdy spojrzałam w dół aż zakręciło mi się w głowie, naprawdę bardzo tu wysoko, most znajduje się ponad czubkami starych i potężnych drzew.
W okolicach Dalkeith już od XIII wieku wydobywano węgiel, na początku wieku XIX wydobycie tego surowca „szło pełną parą”, jednak dużych trudności nastręczał jego transport na rynek do Edynburga. Drogi miały słabą nawierzchnię, a opłaty drogowe = myto bardzo podrażały sprawę, dlatego też węgiel z okolic Dalkeith był droższy niż ten transportowany droga morską z Anglii czy z północy Szkocji, otwarcie w 1822 Kanału Unii przyczyniło się do transportowania tańszego węgla z zachodu Szkocji. Wszystko to sprawiło, że właściciele kopalń węgla w okolicach Dalkeith postanowili działać i wybudować linię kolejową z centrum Edynburga do Dalkeith. Linia o długości 8,5 mili została uruchomiona w 1831. Pociągi złożone zazwyczaj z dwóch wagonów były ciągnięte przez konie i transportowały około 300 ton węgla na dzień. Wkrótce na tym odcinku został uruchomiony ruch pasażerski i wkrótce wynosił 200 000-300 000 pasażerów rocznie, co stanowiło więcej pasażerów na milę niż na linii Liverpool – Manchester. W połowie XIX wieku powstały nowe przedsiębiorstwa kolejowe wykorzystujące kolej parową. Jedno z nich – British Railway Company przejęła linie Edynburg – Dalkeith, zastąpiła konie parowozami i zmieniła rozstaw torów z tzw. szkockiego 4 stóp 6 cali (1372mm) na standardowy 4 stopy 8,5 cala (1435mm), budowle drewniane zastąpiono kamiennymi, w tym wspomniany wiadukt Glenesk.
Oczywiście w plątaninie ścieżek i drogowskazów nieco się pogubiłam, ale dzięki temu odnalazłam tablicę informacyjną o opisanym wyżej wiadukcie oraz o liniach kolejowych, które obsługiwał. Następnie musiałam się kawałeczek cofnąć, aby odnaleźć kolejną ścieżkę, która poprowadziła mnie następnym fragmentem dawnej linii kolejowej w stronę zatoki do miasteczka Musselburgh. W Musselburgu zrobiłam sobie krótką przerwę, zajęłam ławeczkę z widokiem na zatokę, chwile odetchnęłam, posiliłam się i stwierdziłam, że trochę mało będzie tych kilometrów, więc zamiast jechać najprostszą trasą do domu – ścieżką Innocent Railway (kolejna trasa rowerowa powstała w miejscu dawnej linii kolejowej), postanowiłam pojechać nieco dookoła, objechać trochę Edynburg, znanymi mi już co prawda ścieżkami, ale stwierdziłam, że jeśli pojadę tamtędy to ładnie domknę moje dzisiejsze kółko;) Jak się później okazało, część tych ścieżek również powstała na miejscu niegdysiejszej linii kolejowej, o czym dobitnie świadczyły perony. Mimo, że wcześniej tędy jeździłam, jakoś nie zwróciłam na nie uwagi, możliwe że wyczuliłam się na tym punkcie ostatnio, ponieważ kolej, a szczególnie kolej parowa, jak i dawne linie kolejowe zaczęły mnie ostatnio bardzo interesować. Gdy kilka dnie temu studiowałam mapę topograficzną okolic Edynburga wypatrzyłam więcej takich dawnych linii kolejowych, charakterystycznie wyróżniających się na mapie wkopami lub nasypami, specyficznym łukiem zakrętu, czy w końcu zakończeniem w miejscu obecnie istniejących torów. Bardzo mnie one zainteresowały i w planach mam dalszą ich eksplorację.
Wracając jednak do mojej dzisiejszej wycieczki, z Musselburga przyjechałam do Edynburga, przez znaną i sławną niegdyś dzielnicę Portobello, która stanowiła miejsce odpoczynku mieszkańców miasta. Trzeba przyznać, że pozostała taką do dziś, gdyż położona jest nad zatoką posiada plażę, promenadę, miejsca rozrywki, kilka pubów i restauracji. Dziś było tam mnóstwo ludzi, część z nich wylegiwała się na plaży, niektórzy nawet pluskali się w lodowatej zatoce Firth (zatoka Morza Północnego). Po ominięci tej „nadmorskiej” części miasta, popedałowałam w stronę dzielnicy Leith – niegdyś dzielnicy portowej, obecnie znajduje się tu terminal dla statków pasażerskich. Jednak jazda jedną z głównych ulic miasta nie należy do przyjemności, szczególnie po wciąż żywych wspomnieniach ze spokojnych, cichych ścieżek, rozbrzmiewających jedynie śpiewem ptaków, położonych z dala od ruchu i hałasu miasta. Tak więc, jak najszybciej odnalazłam ścieżkę rowerową i przejechałam nią połowę miasta, ponieważ jest ona całkowicie odcięta od ruchu ulicznego, jedzie się wspaniale, równym tempem, bez zbędnego zatrzymywania się na światłach i towarzystwa nieuważnych lub niecierpliwych kierowców.
Ścieżki te mimo swoich zalet (o których było wyżej) mają pewien mankament, a mianowicie, ponieważ leżą z dala od dróg, są zarośnięte, czy raczej obrośnięte, często w wykopach, nie widać z nich otaczającego świata, mimo że na nich nie da się zgubić to trudno się odnaleźć w okolicy. Szczególnie daje to o sobie znać w mieście, ponieważ ścieżki te biegną „bokami”, często na „tyłach” domów, nie widać z nich żadnych charakterystycznych punktów miasta, nie wiadomo jakiej jego części się jest. Pewnych wskazówek udzielają czasami mosty lub wiadukty przecinające ścieżkę i czasami tabliczka z nazwą ulicy która tamtędy przebiega, no i drogowskazy. Jest to bardzo zabawne, ponieważ jadąc taką ścieżka nie zdajemy sobie sprawy w jakim tempie i jakie odcinki pokonujemy, a tu okazuje się, że przemknęliśmy przez połowę miasta, omijając oczywiście wszystkie niedogodności ruchu drogowego Muszę przyznać, że takie ścieżki rowerowe to wspaniała sprawa!
Na zakończenie jeszcze mapka mojej dzisiejszej wycieczki



czwartek, 2 lipca 2009

Kilka upalnych dni

Zjawisko raczej żadkie w tym dalekim północnym kraju - temperatura osiągnęła 30 stopni! Ale muszę przyznać, że brakowało mi takiego ciepełka. Bo jeszcze tydzień temu nie wiedziałam dokładnie jaka jest pora roku i dopiero w internecie przeczytałam, że jest lato!;) Także troszę dogrzało, ale niestety już od jutra ma się ochołodzić i padać. Szkoda tylko, że w te piękne i upalne dni musiałam siedzieć w pracy i jedyne co mi zostało to wyglądać sobie przez okno:( Mam jednak nedzieję, że weekend będzie znośny i uda się wybrać na jakąś wycieczkę - rowerową oczywiście;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...